Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 listopada 2017

Otouto no Otto - recenzja

Są takie mangi, które wypada po prostu znać. Są też takie, które wzbogacają naszą wiedzę powszechną rozszerzając przy tym nasze horyzonty. Mogą inspirować, przestrzegać przed czymś, lub po prostu uczyć. A co jeśli połączyć przyjemne z pożytecznym? Cóż, jednemu mangace się to udało. Tak o to gorąco zachęcam do zapoznania się z sympatycznymi, ale i niebanalnymi okruchami życia, które swoją codziennością pokazują akceptację homoseksualizmu poprzez osoby postronne. Tytuł bardzo ważny i, na szczęście, wykonany brawurowo. 

Yaichi jest niczym nie wyróżniającym się Japończykiem. Jego codzienność składa się z dbania o dom i wychowywania córki o imieniu Kana. Rutyna trwa w najlepsze aż do momentu przyjazdu niespodziewanego gościa - Mike'a Flanagan'a. Jakby nie wystarczającym było, iż jest Kanadyjczykiem, przyjazny olbrzym jest także mężem niedawno zmarłego brata Yaichi'ego. Mike postanowił zobaczyć na własne oczy egzotyczną Japonię, poznając przy okazji najbliższą rodzinę męża. Ta wizyta w przypadku raczej konserwatywnego głównego bohatera jest niezręcznym utrapieniem.
Otóż Mike symbolicznie jak komodor Perry, przypływa na "Czarnych Statkach" by zakończyć okres uprzedzeń Yaichi'ego i pomóc mu spojrzeć na swoje osobiste blokady z zupełnie innej strony.  Kanadyjczyk powoli burzy swoją otwartością mury zamkniętego społeczeństwa Japońskiego, jak i edukuje samego czytelnika.

Akcja całego komiksu skupia się na interakcji trzej różnych punktów widzenia, spersonifikowanych w głównym trio: Yaichi, Mike i Kana. Te postacie nie są jednak indywidualnościami. Protagoniści przedstawiają trzy inne społeczeństwa, które są  pokazywane dzięki powszechnie nawiązujących do nich atrybutów. Tak o to Mike jest nie tylko duży wszerz i wzwyrz, jest również otwarty, zabawny, tolerancyjny, sympatyczny, miły. Yaichi jest bardziej skryty, zamknięty w sobie, nieśmiały, z drugiej strony uczynny i grzeczny. Najmłodsza Kana pełni role nie tylko beztroskiego dziecka - przypadła jej ważna funkcja mediatora pomiędzy tymi "międzynarodowymi stosunkami". Jako pierwsza zauważa nierówności w traktowaniu spowodowane uprzedzeniami. Jest dzieckiem, które nie przesiąkło jeszcze całkowicie społecznymi konwenansami i nie kieruje się sztywnymi zasadami klasyfikowania ludzi. Wobec tego nie ma problemu w zrozumieniu, że dwie osoby tej samej płci także mogą wziąć ślub. Bardzo szybko staje się to dla niej czymś normalnym, naturalnym. Po prostu patrzy na ludzi poprzez ich osobowość oraz charakter.

Ojciec Kany jest bardziej złożoną postacią i to on będzie dzielił swoje przemyślenia z czytelnikiem. Początkowo Yaichi czuje się niekomfortowo z powodu wizyty Mike'a, ale podtrzymuje japońską grzeczność wobec gościa. Widać jak awersja Yaichi'ego jest niechętnie tłumiona przez konwenanse. Jednakże w rzeczywistości Japończyk traktuje szwagra na dystans. Mimowolnie odnosi się do Mike'm inaczej tylko z powodu orientacji seksualnej. Z widocznym oporem zgodził się, aby wielkolud przenocował w domu a nie w hotelu i to tylko dzięki perswazji młlej Kany. Dodatkowo po kąpieli zamiast paradować po domu tak jak zwykle w bokserkach, zdecydował się ubrać w dresy. Zrobił to nie z powodu obecności gościa, by go nie krępować; jak sam protagonista przyznał: jego pobudką była orientacja seksualna.

Co warto zauważyć autor ani nie krytykuje bezpośrednio zachowania Yaichi'ego, ani nie ocenia go jako złego człowieka. To czytelnik ma sam wystawić subiektywną ocenę postawy protagonisty. Mangaka po prostu rzeczowo analizuje postępowanie głównego bohatera, ujmując bardzo autentycznie wszystkie awersje osób dyskryminujących homoseksualistów.

Yaichi sam w sobie nie jest postacią stałą. Autorefleksja prowadzi go do rozmyślania na temat całej  sytuacji i uświadamia mu uprzedzenia z których realnie nie zdawał sobie sprawy. Summa summarum nie jest on postacią złą, czy przykładem absolutnie negatywnego człowieka. Yaichi tak naprawdę nigdy nie pogodził się z coming out'em brata. Przez lata zamiatał zgrzyt pod dywan, ignorując jego istnienie.  Zmiana, która konsekwentnie następuję w nim po poznawaniu Mike'a i  po pracowaniu nad sobą nie jest natychmiastowa. Jest bardzo gradualna a jego opory nie ustępują łatwo. Stara się jednak patrzeć na osoby jako pełnoprawnych ludzi, nie przez pryzmat orientacji seksualnej. Droga przed nim jest jeszcze długa i kamienista. Co jakiś czas się cofa. Czasem zmotywowany robi wielki krok do przodu, lecz nie wiadomo dokąd dojdzie. Nieznana jest przeszkoda, której pomimo najszczerszych chęci może nie uda mu się pokonać. Mimo to idzie naprzód. Mam nadzieję, że koniec końców postawi stopę na mecie. 




Spectrum tematów poruszanych jest naprawdę duży od homoseksualizmu, uprzedzeń, dyskryminacji do relacji międzyludzkich. Porusza nawet temat zakazu korzystania z siłowni, łaźni czy basenu publicznego dla osób z tatuażem. To wszystko jest przedstawiane z wyrozumiałą równowagą nie schodząc nigdy z tonów lekkich, bynajmniej marginalizujących wartość treści, ale też poruszających wnętrze czytelnika. Wydawałoby się to mało prawdopodobne, ale pomimo tych wszystkich trudności czyta się  mangę z wielkim usmiechem na twarzy. A po skończonym rozdziale ma się rumieńce spowodowane sympatią bohaterów.

Gatunkowo manga ta jest okruchami życia. W związku z tym są obecne sztandarowe elementy tak jak np. przedstawienie posiłków, codziennych przyzwyczajeń, nostalgiczne zwiedzanie okolicy. Są to sytuacje o wydźwięku neutralnym, a nie ukierunkowanym.  Fani gatunku na pewno znajdą tu coś dla siebie.




Przed rozpoczęciem Otouto no Otto specjalizacją Tagame Gengorou były mangi bara. Są to erotyczne tytuły dla gayów, które z biegiem lat doczekały się nie tylko miejsc publikacji (początkowo były one specjalnie przytłumiane przez mangi boys love), ale też schematów rysunkowych. Mężczyźni byli umięśnieni, owłosieni zarówno na twarzy jak i na ciele. Rozpowszechniany był obraz pulchnego gay bear. Wcześniejsze mangi autora były przepełnione wulgarnością, przemocą i erotyką. W Otouto no Otto nie znajdziemy nawet zalążka takich scen. Jest obecny natomiast fanserwis zaadresowany dla stałych czytelników mangaki. Np. Scena na siłowni podnoszenia ciężarów, bądź moment brania prysznica. Nie są to jednak elementy dominujące, czy nazbyt częste.

Styl rysowniczy bara jest widoczny w charakteryzacji fizycznej Mike'a i Yaichi'ego. Obydwaj panowie są umięśnieni a Kanadyjczyk jest nawet owłosiony. Kana z kolei jest rysowana zupełnie inaczej- lekko i zwiewnie przedstawiając jej dziecinność. Bohaterowie mogą pochwalić się różnorodną wiarygodną mimiką. Kadry są układane z matematyczną dokładnością. Tła rzadko rażą pustką, gdyż oprócz dyskretnych rysunków otaczającego otoczenia autor używa odmiennych rastrów. Całokształt jest stonowany i nie posiada zbędnego patosu.

Zbliżając się już do konkluzji opiszę jak wygląda kwestia homoseksualizmu. Został on pokazany w nowy sposób: delikatny, słodko-gorzki, radosny, ale głęboki. Nie zarezerwowany tylko dla przystojnych. Sama miłość ma wiele twarzy. Jest różnorodna; nie tylko czarno-biała, a kolorowa jak flaga LGBT.
Otouto no Otto jest tytułem nie tylko ambitnym, ale również mądrym zaadresowanym dla każdego. Niektórych może odrzucać z powodu poprzednich prac autora, a raczej ich gatunku. Czy nie powinniśmy jednak walczyć nawet z tak, wydawałoby się, niepozornymi uprzedzeniami?





czwartek, 2 listopada 2017

Nigeru Otoko - recenzja

Dawno temu, a dokładniej kiedy jeszcze taplałam się w głębokim morzu lukrowych shoujo, myliłam ze sobą dwie mangaczki. Mowa tu o Natsume Ono (Basso) i Est Em. Nie znając jeszcze ich mang, bazowałam się tylko na intrygujących rysunkach ich autorstwa. Te ilustracje były niecodziennie, piękne i egzotycznie przyciągające. Ich inność równocześnie sprawiała, że mimowolnie mieszało mi się w głowie, która z prac należy do danej artystki, gdyż, co warto zaznaczyć, obie panie tworzą niezależne mangi. Moje pomyłki były spowodowane po prostu wcześniejszą niewiedzą na ten temat. Pomimo mojej żywej fascynacji, dopiero rok temu zapoznałam się na poważnie z treścią tych komiksów. I mogę powiedzieć tylko jedno: Szkoda, że tak późno.     
W dzisiejszym poście przybliżę Ci, Drogi Czytelniku, mangę jednej z wyżej wspomnianych autorek. Twoją atencje chcę skupić na mandze Nigeru Otoko, stworzonej przez Natsume Ono. To właśnie dzięki tej pani, mamy okazje czytać mistyczną i niejednoznaczną historię, zamkniętą tylko w pięciu rozdziałach. Ciekawy poznać więcej? Tak? To zapraszam :).

Wśród ludzi krąży stara legenda. Podobno w lesie mieszka niedźwiedź. Mogą go zobaczyć tylko dzieci. Jeśli spędzisz z nim cały dzień i bezpiecznie wydostaniesz się z lasu, jako nagrodę będziesz mógł  stać się czymkolwiek zapragniesz.
Młoda, rozczarowana swoim obecnym życiem, dziewczyna decyduje się wejść do lasu. Uciekając od rzeczywistości wpada w otwarte ramiona tajemniczego mitu.

Pomimo opisu ta manga nie skupia się tylko na młodej bohaterce; także inne postacie dostały równy "czas antenowy". Właśnie dzięki temu historia w gradualny sposób uzupełnia się warstwowo. Interakcje międzyludzkie i wspomnienia wzbogacają całokształt. Dodatkowo fabuła nie jest do końca chronologiczna. Różne wydarzenia, rozmieszczone na odmiennych odcinkach linii czasu, jak puzzle układają się w całość. A każdy z tych niuansów jest wchłaniany z łatwością przez czytelnika, dzięki swojej przystępności.  Otóż fabuła jak i wątek wiodący nie są skomplikowani czy nadzwyczaj złożeni. Zabrać wszystkie elementy stylistyczne dostaniemy prostą i niemoralizatorską historię, która trzyma w napięciu do ostatnich stron. To oprawa jest wielowarstwowa, nie zawartość. Pojedyncze wskazówki są ujawniane stopniowo dawkując ciekawość. Detalem wciągającym czytelnika w tę opowieść jest aura tajemniczości otaczana iluzyjnymi elementami nadnaturalnymi. Efekt finalny jest jak najbardziej satysfakcjonujący, gdyż narracja jest prowadzona w stały i przemyślany sposób. Nie ma niedociągnięć lub wymyślnych wytłumaczeń. Nie ma tutaj ponadto przesadzonej głębi. Autorka nie popada w filozoficzne dygresje. Po prostu w nietypowy sposób opowiada historię odmiennych ludzi, skupiając się na jednym temacie. Postacie są różne pod względem wieku czy pozycji w społeczeństwie. A obecność lasu i podmiejskich legend dodaje aurę niewiadomej.

Tym co łączy wszystkie, powierzchownie niezależne, elementy jest temat ucieczki. Jak nitka wiąże  wszystkie rozdziały. Tak jak powiedział Graham Mastertan: "W życiu można uciec od wszystkiego z wyjątkiem samego siebie" . I tak o to Nigeru Otoko jest opowieścią o ucieczce, która ma wiele twarzy. Przez kadry przewija się ucieczka przed obowiązkami, odpowiedzialnością, zranieniem czy możliwością bycia opuszczonym. Sam las posiada znaczenie symboliczne. Jest on zarówno bezpieczną przystanią, wzbudzającą poczucie bezkresu, jak i oderwaną rzeczywistością. Jest także miejscem podejmowania decyzji.


Styl Natsume Ono jest... specyficzny. Przede wszystkim szafa graficzna tego tytułu jest inna niż ta z Ristorante Paradiso czy La Quinta Camera. W tamtych mangach królowała prosta i niekiedy "pusta" kreska. W Nigeru Otoko kadry są pełniejsze a projekt postaci dokładniejszy. Subiektywnie mówiąc rysunki są śliczne i nie do podrobienia. W jednym z wywiadów wydawnictwo Hanami wspominało, że styl Natsume Ono jest piękny i skomplikowany. Jednakże Ristorante Paradiso wcale nie wzbudziło u mnie takiego zachwytu. To właśnie dzięki Nigeru Otoko spojrzałam na tę autorkę z zupełnie innej perspektywy i zrozumiałam wszystkie zasłużone komplementy. Kunszt mangaczki na pewno spodoba się fanom kreski Daisuke Igarashi czy Taiyou Matsumoto (zwłaszcza Takemitsu Zamurai). 

Ta recenzja jest krótsza niż zazwyczaj i może mniej szczegółowa. Jednakże często aurze tajemniczości ujmują zbyteczne słowa.  A ja nie chcę odrywać od tej, zarówno fascynującej jak i prostej,  historii rąbka magicznej tajemnicy tak zgrabnie stworzonej przez autorkę. 






Dawno temu napisałam recenzję Udon no Onna - mangi autorstwa Est Em. Gorąco zachęcam do zapoznania się z postem jak i do przeczytania innej mangi autorki pt."Golondrina"  (^o^)/ 
Do następnego! 

czwartek, 3 września 2015

Aku no Hana - recenzja

   Swego czasu w fandomie było gorąco na temat pewnego anime. Zażartą dyskusję, wzbogacaną oczywiście popularnym hejtem, toczono zarówno z powodu kontrowersyjnej grafiki i animacji, jak i ze względu na szokującą fabułę. Mowa tu o Aku no Hana. Dla 'zielonych temacie' oto przykładowe sceny z anime, plus jak powstał projekt postaci: klik, klik, klik . Ja dzisiaj zrecenzuję pierwowzór, od którego wszystko się zaczęło i który poszedł fabularnie dalej niż ekranizacja. Z góry ostrzegam, że tytuł ten jest naprawdę nie dla każdego. Autor niemal w każdej scenie, czy akcie wystawia moralność czytelnika na próbę, jednocześnie silnie oddziałując na psychice.

   Manga Aku no Hana, znana także pod angielskim tytułem: The Flowers of Evil, jest 11 tomową mangą shounen, stworzona przez Oshimi'ego Shuuzou'y . Komiks był publikowany od 2009r do 2014r i doczekał się 13 odcinkowe anime w 2013r. 

Od lewej: tom 1, tom 5, tom 7, tom 10
   Panującą w całej mandze psychozę widać już po samych okładkach: pierwsze trzy utrzymane są w bardzo minimalistycznej stylistyce, w następnych trzech mocno, powiedziałabym nawet, krzykliwe kontrastują się dwa kolory na każdej okładce, a w dalszych trzech tomach następuje diametralna zmiana na akwarele, i w końcu ostatnie dwa tomy (notabene 10 i 11) różnią się wizualnie wszystkim od wcześniejszych. Zwykle nie opisuję okładek recenzowanych przeze mnie mang, niemniej przy Aku no Hana nie mogłam ich ominąć, bo mają ważną role dla samej fabuły. Są tak jakby znakami przedstawiającymi stan ducha postaci.

   Głównym bohaterem komiksu jest gimnazjalista Kasuga Takao. Chłopak czuje się wyobcowany i nie rozumiany przez mieszkańców małego miasteczka, w którym mieszka. Powierzchowne znajomości w szkole, uświadamiają mu, że jest otoczony, w jego mniemaniu, przez ludzi płytkich, nieciekawych, niegodnych większej uwagi. Pożądane zrozumienie odnajduje w książkach, a dokładniej w zbiorze wierszy Charles'a Baudelaire'a pt."Kwiaty zła". Nastolatek jest zafascynowany poezją "przeklętego" francuskiego pisarza. Równocześnie podoba mu się Saeka Nanako, uczennica celująca, ładna i powszechnie lubiana. Gimnazjalistka jest sekretną muzą Kasugi, jego femme fatale. 

   Pewnego razu, po skończonych lekcjach główny bohater wraca do pustej klasy po zapomnianą wcześniej książkę. W sali oprócz książki, znajduje także strój gimnastyczny Saeki i impulsywnie bierze go ze sobą. Trzeba zaznaczyć, że w Japonii jako strój do w-f  kiedyś był używany  prosty komplet: bluzka + majtki (klik). Tak i jest w tej mandze. Gest chłopaka jest bardziej wynikiem przerażenia, niż aktem perwersji, mimo to gwałtownie i nieodwracalnie zmieni się życie Kasugi i jego samego. To co w innych mangach jest okazją do żartu, wzbogacenia fanserwisu, bądź najogólniej mówiąc dostarczenia rozrywki, tutaj jest najgorszym przewinieniem, niszczącym moralność nastolatka. Najprawdopodobniej sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby nie fakt, iż Kasuga był widziany w trakcie kradzieży przez Nakamure Sawe- dziewczynę specyficzną, trudną do zrozumienia, wzbudzającą swoim zachowaniem strach zarówno wśród uczniów jak i pedagogów. Nakamura obiecuje zachować w tajemnicy sekret Kasugi pod warunkiem, że on zawrze z nią umowę...



   W trakcie lektury obserwujemy postępujący coraz bardziej rozkład wartości przyzwoitości i dobra. Widzimy jak zło rozprzestrzenia się jak zaraza wokół Kasugi, dosięgając nawet dziewczynę-anioła Saeke. Wszystko to jest początkowo zainicjowane tylko przez Nakamurę. To ona swoim kontrowersyjnym zachowaniem, zahaczającym bardzo często o podłoże socjopatyczne i perwersyjne naciska na bohaterów, sprowadzając ich do granic wytrzymałości psychicznej. Postacie kręcą się wokół strachu, samookaleczenia, sadyzmu, odrazy wobec siebie jak i deprecjonowania wszystkiego co jest obok nich.

   Nasz bohater jest osobą pasywną i słabą, dodatkowo niezamierzony postępek dodał mu kolejnego ciężaru. Zawiązuje się niewidzialna więź jego z Nakamurą, coś go do niej przyciąga. To ona otwiera mu furtkę ku czemuś nowemu, daje mu możliwość ucieczki przed znienawidzoną rzeczywistością. Nawet jak zostaje przez nią porzucony, uparcie stara się przekonać Nakamurę o nie zrywaniu paktu. W tym momencie fabuły mamy eskalacje znaczenia utworzonej więzi między manipulatorką a jej ofiarą. Kasuga uzależnił się od dziewczyny, do tego stopnia, że gotowy jest zrobić wszystko, aby tylko uzyskać jej aprobatę.

   Z drugiej strony mamy Saeke - dziewczynę ideał. Pomyśleć by można, iż niczego jej w życiu nie brakuje. Jednakże także jej postać pokazuje z jaką siłą nasze słabości, bądź niepewności mogą nas zmienić, lub mogą posłużyć do zmanipulowania nas samych.


   Początkowo nie byłam przekonana do wiarygodności charakteryzacji postaci. Uważałam, że autor skupił się bardziej na tym, aby zaszokować czytelnika, gdyż ta manga domniemanie jest opowieścią socjopatyczną, Odniosłam wrażenie, że fabula została spłycona poprzez wątki bulwersujące, przyćmiewając równocześnie bohaterów. Faktem też jest, iż kiedy człowiek znajduje się w sytuacjach ekstremalnych, zachowuje się zupełnie inaczej niż zwykle, czyli: nielogicznie, gwałtownie. Niemniej w tej mandze postacie nie stoją przed realnym zagrożeniem. To oni sami przypierają siebie nawzajem albo nawet samych siebie do muru. Umyślnie i samodzielnie podejmują decyzje, aby nagiąć swój kręgosłup moralny. Nie mają żadnego nacisku zewnętrznego, który stawiałby ich w sytuacji bez wyjścia.

   Moja opinia zmieniła się po przeczytaniu jednego wywiadu z mangaką, w ktorym Oshimi Shuuzou opisał Aku no Hana jako opowieść o dojrzewaniu. Ten fakt uświadomił mi jeden fundamentalny szczegół o którym zapominałam. Postaciami tego tytułu są nastolatkowie, czyli ani nie dorośli, ani nie dzieci. Dopiero rozpoczęty proces dojrzewania ich charakteru sprawia, że są niepewni i co za tym idzie bezbronni, łatwo tracą kontrolę nad własnymi uczuciami i emocjami. W tym trudnym i newralgicznym okresie życia trudno oczekiwać od ludzi, aby zachowywali się logicznie. Zwłaszcza w tego typu mandze.

   Na kolejną niekorzyść mangaki, jest to jakby podświadomie omijał on trudne i stosunkowo problematyczne momenty, niemniej kluczowe do zrozumienia fabuły np: po jednym szokującym wydarzeniu, autor zdecydował się na przeskok fabularny o kilka lat do przodu, zamiast zmierzyć się z powstałymi konsekwencjami.


   Jak z kolei prezentuje się manga od strony graficznej? Poczałkowo rysunki autora wydają się być proste i nieadekwatne to psychologicznej historii. Postacie są przeciętne i często nie są rysowane proporcjonalnie. Jako dowód może posłużyć chociażby powyżej znajdujący się rysunek. Niemniej czytelnik z tomika na tomik, z strony na stronę, z kadra na kadr zaczyna coraz bardziej doceniać szafę graficzna mangi. Okazuje się bowiem, iż pomimo widocznych problemów mangaki w rysowaniu bohaterów w "całości", ma on niezwykłą zdolność do prezentowania ludzkich ekspresji w bardzo wiarygodny i poruszający sposób. Obecne są tu również tła przedstawiające miejsca w których znajdują się postacie. W bogaty i różnorodny sposób jest tu używane także rastrowanie. Dodatkowo nie wolno umniejszać mangace gigantycznej poprawy w rysowaniu, która jest widoczna porównując pierwsze rozdziały do ostatnich. Wszystkie wcześniej obecne braki zostały trafnie i dobrze naprawione.

 

   Koniec końców jak to jest z Aku no Hana? No cóż, jest to pytanie, na które trudno odpowiedzieć jednoznacznie. W zamiarze autora manga ta miała być prawdopodobnie opowieścią głęboką i wzbudzającą refleksje na temat dojrzewania, manipulacji ocierającą się o psychozę. Niestety efekt końcowy nie jest taki. Historia jest o wiele bardziej płytka. Czy to czyni ją jednak złą? Jeśli przymknie się oko na mankamenty, bądź niedopracowania otrzymamy historię trudną i niezwykle...poplątaną i intymną. Dodatkowo może dzięki swojej prowokującej i kontrowersyjnej atmosferze tytuł czyta się niezwykle szybko, co jest dużym plusem. ;) 




wtorek, 25 sierpnia 2015

Rough - recenzja

   Witaj ponownie Drogi Czytelniku,

   W trakcie tych upalnych wakacji proponuję Ci mangę dość starą (ma już 28 lat na karku!), jednakże nadal wyróżniającą się na tle obecnych hitów. Liczę, że lekka szkolna obyczajówka dotycząca młodych pływaków, skoczków do wody, czy też bejsbolistów, poniekąd Ciebie ochłodzi :P. 

   Mowa to o Rough, 12 tomowej zakończonej mandze autorstwa Mitsury Adachiego. Owy mangaka tworzy tytuły powierzchownie dość podobne do siebie. Otóż wszystkie łączą sport z okruchami życia i małym wątkiem miłosnym. Najpopularniejsze komiksy Japończyka to: Touch, Cross Game, H2 czy Katsu. Kolejność jest jak najbardziej przypadkowa. Nie wiem, czy ogólnikowa zbieżność gatunków dotyczy także rozwoju wątków fabularnych, co czyniłoby wszystkie wyżej wymienione mangi prawie identycznymi. Nie wiem tego, gdyż dotychczas przeczytałam tylko Rough i w tej recenzji nie będę go porównywać do wcześniejszych, bądź późniejszych prac autora. 

   Trafiłam na Rough prawdę powiedziawszy przez przypadek, a dokładniej po zapowiedzi mangi Wzgórze Apolla (Sakamichi no Apollon) przez wydawnictwo JPF. Z tego powodu, że posiadam już od dawna zagraniczne wydanie Wzgórza... zapragnęłam przeczytać coś nowego a równocześnie do niego podobnego. Nie pamiętam już jakie zdesperowane wyszukiwania powzięłam, ale summa summarum natrafiłam na recenzowane dzisiaj Rough. W trakcie lektury dość prędko uświadomiłam sobie, że porównanie tych dwóch tytułów między sobą jest po troszku niepoważne. Mimo to, po przeczytaniu czasami szorstkich perypetii licealistów, zrozumiałam, iż  dawno nic mi tak czasu nie umiliło. 

    Już po pierwszych stronach mangi uświadamiamy sobie, że przed głównym bohaterem stoi problem niemały. Otóż Keisuke Yamato utalentowany pływak, a prywatnie licealista mieszkający w szkolnym internacie, lubiany powszechnie przez wszystkich, od pierwszych dni szkoły wzbudza jawną i zawziętą antypatie u Ami Ninomiyi, nowicjuszki w skokach do wody. Ładna i sympatyczna rówieśniczka, której usposobienie wiernie strzeże wszystkich zalet i cnót szukanych u protagonistki w komiksie japońskim, nienawidzi Keisuke. Jej nienawiść jest tak potężna, że nie szczędzi częstych dokuczeń, czy też życzenia "wrogowi" śmierci. Okazuję się, iż nie tylko koledzy obydwojga, czy też czytelnik, łamią sobie głowę co takiego strasznego wyrządził Keisuke biednej Ami. Sam zainteresowany nie ma o tym zielonego pojęcia! A szkolna piękność nie ma najmniejszego zamiaru wszystkich oświecić, ujawniając tą pożądaną prawdę. Co bardzo mnie irytowało i wzbudzało z kolei moją własną antypatię do Ami. A co! Wracając jednak do tematu... Mimo wszystko dość szybko dowiadujemy się, dzięki mamie Keisuke, w czym tkwi uprzedzenie Ninomiyi. Mianowicie obydwie rodziny głównych bohaterów prowadzą konkrecyjne piekarnie i z powodu pewnego wydarzenia sprzed dwóch generacji, rodzina Ami srogo nienawidzi wszystkich Yamato. Pomimo tego, po pewnym czasie i po nieprzewidywalnych wypadkach spowodowanych przez los, dwoje głównych bohaterów zaczyna mieć się coraz bardziej ku sobie...

   Brzmi tandetnie i typowo? Nie zaprzeczę, niemniej Rough jest idealnym przykładem, że niezachęcający początek, nie oznacza słabego i złego rozwinięcia wątków.

   Przede wszystkim perypetie Ami i Keisuke nie są porównywalne do historii Romea i Julii, jak błędnie można sądzić po opisie. De facto konflikt między rodzinami nie gra przewodniej roli w fabule, jak i sympatia między bohaterami jest dość "słabo" przedstawiona. Albo jak kto woli, uczucie rodzące się z czasem pomiędzy licealistami, zostało pokazane zupełnie inaczej niż przyzwyczaiły nas obecnie popularne szkolne romanse, w których, zwłaszcza bohaterki są bardzo wylewne w swoich uczuciach, a każdy kadr akompaniuje wewnętrzny monolog postaci, która z kolei rozmyśla nad swoim afektem względem ukochanego/ukochanej. Pragnę zaznaczyć, że jest to bardzo uogólniony opis przeciętnych shoujo i proszę nie zamykać tego gatunku wokół takich tytułów.

   Jak zatem zostało przedstawione ledwo rodzące się uczucie w Rough? Otóż tutaj liczą się małe i dyskretne gesty, delikatnie wplatane w codzienność. Po prostu nic nie jest wprost. Często nieme kadry, czy też niebezpośrednie czyny, albo zachowanie bohaterów świadczy o powstającym afekcie. Tak więc nie ma tutaj żadnych otwartych scen miłosnych. Ale z drugiej strony, może ta normalność, w której uczestniczą i którą wzbogacają niepozornymi posunięciami, czynią ich relacje poważną, solidną, szczerą i poniekąd odpowiedzialną? Zaiste kiedy Keisuke/Ami stoi przed jakąś trudnością, lub ma problem, druga strona zawsze jest przy nim/niej. Wartość czynów bohaterów jest w tym tytule o tyle znacząca, że de facto nie wiemy co postacie myślą. Czytelnik pozostaje trzecią osobą i wszystkie wydarzenia są pokazywane obiektywnie, a nie z punktu widzenia któregoś z licealistów.



   Z kolei silną stroną tej mangi jest humor. Przynajmniej w moim guście nie okazał się on być głupiutki, bądź kiczowaty. Nie ma tutaj także fanserwisu. Więc co tak rozbawia w trakcie lektury? Ironia i sarkazm. Autor naprawdę bardzo dobrze włada zarówno jednym, jak i drugim. Wie także bardzo trafnie, w którym momencie należy umieścić żart, aby wywołać uśmiech na twarzy czytelnika. Co ciekawe model obecnych gagów jest często używany w yonkomie. Mimo to autor dobrze odzwierciedlił ten schemat także w standardowej mandze.
 
   Niemniej przechodząc do poziomu narracji pojawiają się schody. Mianowicie jest ona bardzo nierówna i często zbyt gwałtowna, chaotyczna. Nie jeden raz zdarzyło się autorowi niespodziewanie i zbyt szybko zakończyć daną scenę, pozostawiając czytelnika zdezorientowanego. Wielokrotnie porównywałam wydanie włoskie ze scanami znajdującymi się w internecie, aby upewnić się, czy posiadające przeze mnie wydanie nie jest przypadkiem wadliwe. Otóż nie mogłam uwierzyć, iż dana scena została tak bezceremonialne zakończona. Niestety mangaka niejeden raz sprawiał mi te utrudniające lekturę "psikusy". Z drugiej strony autor nie miał trudności w opowiadaniu w subtelny, delikatny i momentami melancholijny sposób perypetii licealistów.


   Jak już o licealistach mowa, to są oni niezaprzeczalne... prości. Zarówno, jeśli mowa o ich wyglądzie, jak o ich charakterze, pragnieniach czy marzeniach. Postacie w Rough, a zwłaszcza te drugoplanowe są jednowymiarowe, ale równocześnie inne między sobą. Każda z nich przedstawia poniekąd jeden typ człowieka, który każdy z nas rozpozna wśród swoich znajomych, członków rodziny, kolegów z pracy, bądź szkoły. Kilka razy zdarzyło mi się pisać w moich recenzjach o postaciach prostych w wydźwięku negatywnym. Jakby bohater posiadający tylko jedną cechę był czymś ujemnym dla całokształtu fabuły. Rough jest tytułem lekkim i nieskomplikowanym opowiadającym codzienne perypetie nastolatków i nie wyobrażam sobie, aby lepszymi "przewodnikami" po fabule mogły okazać się postacie bardziej skompilowane wewnętrznie. Po prostu, w prostocie tkwi urok tej mangi, która pomimo upływu lat, jest w stanie pozyskać nowych fanów, niezależnie od mijających generacji.

   Para głównych bohaterów nie wychodzi bladziej na tle kolegów; przede wszystkim Keisuke jest chłopakiem nadzwyczajnie dobrym. Jest tym kolegą na którego zawsze możesz liczyć, bo wiesz, że jest w porządku. Zdajesz sobie z tego sprawę dzięki jego czynom, które świadczą o jego dojrzałości i poniekąd pokorności. Mimo to, usposobienie jak i zachowanie Keisuke nigdy nie popada w banalność, tak często obecną w innych historiach. Ami z kolei przedstawia obraz idealnej kobiety według Japończyków, tak jak napisałam wcześniej. Jednakże w rozliczeniu końcowym nie jest postacią irytującą, czy budzącą antypatie jak się wydawało na początku.


   Jeśli chodzi o tworzenie tła, rysunki tworzone przez autora są bardzo dokładne, szczegółowe a jednocześnie czyste. Ta precyzyjność kontrastuje się z prostotą w rysowaniu postaci. Sceny przedstawiające sport są czytelne, stosunkowo proste, ale równocześnie płynne. Jako że manga pochodzi z końca lat osiemdziesiątych, bohaterowie nie noszą współczesnych ubrań. Ten zabieg, nawet jeśli całkowicie nie zamierzony, to w naszych czasach pozyskuje komiksowi dodatkowy atut inności, czy rozpoznawalności. Notabene, że tylko ubrania są naszym wehikułem czasu do innego okresu naszej historii, gdyż historia sama w sobie jest bardzo uniwersalna.

   Kończąc już, pragnę wspomnieć o wątku pływackim, który jest poniekąd tylko lekko zaznaczony i ma za zadanie bycie tłem dla innych wydarzeń. Często pływanie jest metaforycznym porównaniem do decyzji, które mają podjąć bohaterowie, bądź okazuje ich uczucia. Uważam, że motyw sportowy jest dodatkiem, który jak najbardziej uatrakcyjnił serie i nie został całkowicie stłumiony przez inne wydarzenia.

   Mitsura Adachi stworzył świat prosty tak samo jak i bohaterów, ale mimo to tytuł jest oryginalny i porównywalny tylko do innych własnych mang. Zdecydowanie największym minusem jest przeciętny początek i otwarte zakończenie, niestety jest ono tu obecne. Pomimo tych mankamentów Rough okazał się być miłą, sympatyczną i momentami melancholijną serią, która odprężała mnie co wieczór. I jako taki lekki tytuł, mangę jak najbardziej polecam :).





poniedziałek, 6 lipca 2015

Co na półeczce - Muzyka Marie

   Muzyka Marie jest dwutomową mangą autorstwa Usamaru Furuyi i została wydana w Polsce w 2009r przez wydawnictwo Hanami. Co ciekawe manga wybrana przez polskie wydawnictwo, różni się jednak od najbardziej rozpoznawalnych prac autora, tzn: Litchi☆Hikari Club, Jisatsu Circl, Ningen Shikkaku, Happiness, czy choćby Innocents Shounen Juujigun. Z tego to powodu po tę mangę powinni sięgnąć nawet sceptycy innych prac Usamaru Furuyi. 
   Historia stworzona przez autora rozgrywa się w przyszłości,
w której ludzie żyją w harmonii między sobą i sumiennie wykonują swoje codzienne obowiązki bez pomocy wyższych technologii, które przy okazji nie działają. Każde miasto ma inną specjalność; jedni hodują warzywa czy owoce, inni produkują coś innego, ale równie pożytecznego. Następnie mieszkańcy różnych miasteczek uczciwie wymieniają się wyprodukowanymi rzeczami. Nie ma tutaj miejsca na kłamstwa, przekręty czy oszustwa, gdyż ludzie nie posiadają negatywnych emocji. 
 W tym "szczęśliwym" świecie żyje dwójka dzieci: cichy Kai i jego droga przyjaciółka radosna Pipi. Pewnego dnia podczas pobytu nad morzem Kai niespodziewanie znika w odmętach wody. Równie niespodziewanie wynurza się z morza po piętnastu dniach nie pamiętając nic z wcześniejszych dni. To nie jest już ten sam Kai - chłopak posiada dwa nieznane znaki na swoich rękach i jest w stanie usłyszeć nawet najmniejszy dźwięk, wliczając w to melodię Marii. 

   Ale kto to jest Marie? Marie jest mechaniczną konstrukcją, wzorowana na podobieństwo kobiety, która unosi się nad całym światem rozprzestrzeniając swoją muzykę. Ta unikatowa melodia uspokaja i sprawia, że ludzie są szczęśliwi i wolni od wszystkich trosk. 

   Fabuła mangi została podzielona na dwa spore, gdyż obydwa przekraczają 240 stron, tomy. Nie spotkałam się dotychczas z mangą, w której podzielenie na woluminy jest tak istotne i ich "środek" tak diametralnie się różni. Otóż pierwszy tom zapoznaje nas z całym bogactwem świata stworzonym przez autora. Poprzez ubrania i architekturę owy świat  staje się trochę ekscentryczny, a z powodu wszędzie obecnych kół zębatych futurystyczna kraina ma nutkę awangardy. Złożoność i rozbudowanie tego wszystkiego nawet do szczegółów budzi naprawdę podziw. W trakcie tego jednego tomu Furuya był w stanie przedstawić nam wierzenia, tradycje, kulturę i mentalność mieszkańców całej ziemi Pirito. Jako przewodników mieliśmy głównych bohaterów, którzy dzięki retrospekcjom i ludzkim cechom stają się nam bliżsi i łatwiejsi do zrozumienia. Wykreowane przez autora postacie posiadają cele i pragnienia, do których powoli, lecz uporczywie dążą. Wątek miłosny natomiast został przedstawiony z różnego punktu widzenia nie ograniczając się tylko do platonicznego aspektu miłości.




   Po długim i obszernym wprowadzeniu, autor w drugim tomie skupia się na różnych kwestiach, które pomimo tego, iż dzieją się w nieprawdziwym świecie, nawiązują do naszej prawdziwej rzeczywistości. Fakty poznane przez czytelnika zyskują zupełnie nowe i odmienne znaczenie niż wcześniej. W dyskretny sposób, autor wplata do fabuły ważne pytania na temat rozwoju cywilizowanego świata i czy ma ono pozytywny oddźwięk. Nie skupia się przy tym na konsekwencjach w naturze, a na konsekwencjach postępu na samym człowieku.

   Druga sprawa, na której skupia się autor w tej po troszku filozoficznej mandze, to ideologie bazujące się na metafizyce. Wszyscy mieszkańcy ziemi Pirito wiedza iż Marie została stworzona przez boga, aby jej muzyka uszczęśliwiała ludzi. Sam bóg posiada, tak jakby dwie twarze; jednoczy wszystkich pomimo obecnej wielokulturowości i równocześnie ogranicza. Co roku wszyscy ludzie łączą się na wspólnej pielgrzymce do świętej ziemi, nawet jeśli nie mówią tym samym językiem i nie dzielą tych samych tradycji. Pomimo tego - dzięki wierze - są w stanie współżyć ze sobą bez kłótni czy wojen.
Z drugiej strony przemysł i rozwój ludzi utknął w martwym punkcie. Nowe wynalazki nie działają mimo, że powinny. To samo dotyczy się zresztą starych urządzeń z zaprzeszłego świata (czytaj. urządzenia, z których obecnie my korzystamy). W świecie, w którym gra kojąca muzyka Marie nie ma miejsca na postęp a każdy nowy dzień nie różni się znacząco od wcześniejszego. Człowiek mimo to żyje szczęśliwy. Jednak czy to jest prawdziwe i autentyczne szczęście? Dodatkowo czy człowiek wyzbyty ze wszystkich negatywnych emocji nie traci cząstki swego własnego człowieczeństwa? Czy utopia kreowana w rzeczywistości, w której nie ma zła, może istnieć? W końcu jeśli nie ma zła, nie może tez istnieć jego przeciwieństwo, czyli dobro. Czy zatem społeczeństwo, w którym żyją ludzie, stworzone przez boga jest ułudne?



   Wyżej wspomniałam, że świat stworzony przez mangakę jest bardzo złożony i bogaty w szczegóły pod względem fabularnym. To samo tyczy się ilustracji. Fantazyjność i abstrakcyjność budowli, wynalazków czy też ubrań jest oszałamiający i świetnie pasuje do treści. Projekt postaci jest taki sam jak w innych praca autora: tzw. ludzie przypominają ludzi i dodatkowo są nie do pomylenia między sobą.  Nawet jeśli ich twarze są robione podręcznikowo i wyglądają na proste,  autor nadrabia to bogatą ekspresją bohaterów.

   Manga została wydana w Polsce przez wydawnictwo Hanami, które tym razem zaoferowało coś więcej niż typowe standardy. Otóż każdy tom ma po 6 kolorowych stron.

   A propos tych kolorowych stron... Z całym szacunkiem do Usamaru Furuyi, ale jego strony w kolorze wyglądają zwyczajnie i przeciętnie. Nie można powiedzieć o tym samym wspominając rysunki Daisuki Igarashiego. Kunszt tego pana, jeśli chodzi o typowe czarno-białe kadry jest mało ładny, wręcz chaotyczny i nie zachęcający do lektury. Jednakże kolorowe strony jego autorstwa są spektakularne i prześliczne. Różnica między dwoma autorami jest diametralna i dla mnie na korzyść autora Pitu Pitu.  Niemniej to Muzyka Marie, otrzymała kolorowe strony pomimo tego, że drugi tom Pitu Pitu ma specjalny dodatek w którym są tylko i wyłącznie ilustracje mangaki. Są one jednak czarne. O to jak to wygląda: kadr z Pitu Pitu KLIK i kolorowa wersja KLIK. Różnica jest jeszcze większa w innych rysunkach, jak np. w lewej ilustracji z drugiego linka. W Polskim wydaniu wszystko jest czarne i nic nie widać. Rozumiałabym gdyby owe strony były częścią jakiegoś rozdziału, bądź były bez tytułu na początku tomiku. Niemniej istnieje wręcz podpis, że jest to galeria ilustracji autora. Niestety mało widoczna i z tego tez powodu podważam jej sens umiejscowienia w tomiku. Co ciekawe także polski Solanin nie ma kolorowych stron. Mimo to wydanie anglojęzyczne je posiada... Sorry za ta całą epopeje nie na temat, ale musiałam dać upust mojemu rozżaleniu.

   Wracając jednak do recenzji... tomiki zostały wydane w wymiarach 15 x 21 cm z miękką okładką. Papier użyty jest kredowy a czerń druku jest podręcznikowa. Obecna jest numeracja stron. Wszystkie onomatopeje zostały ładnie wyczyszczone i zastąpione naszymi polskimi odpowiednikami. Tomy pomimo braku obwoluty są wytrzymałe i nie niszczą się łatwo. Dodatkowo bez strachu można wyginać wydanie. Co nie jest zresztą potrzebne, bo marginesy wewnętrzne ułatwiają lekturę dymków.
Tłumaczenie jest rzetelne i praktyczne. Nie jest ani za bardzo drętwe ani za bardzo niezrozumiałe,  jest za to neutralne i bez żadnych fajerwerków.


   Lektura Muzyki Marie nie należy do tych łatwych czy szybkich. W trakcie czytania trzeba się skupić, aby pojąć w pełni bogatą treść fabuły. Wielu może zniechęcić a wręcz znudzić pierwszy wprowadzający tom. Jest on jednak bardzo istotny i tylko dzięki niemu mógł powstać tak inny drugi tom. Co ważne, autor nie narzuca własnej woli a wręcz skłania do refleksji i własnej interpretacji fabuły. Manga ta należy do tych tytułów co niosą przesłanie i czytelnik rozmyśla o tym co właśnie przeczytał. Nie muszę mówić, że jest to komiks dla dojrzałego czytelnika. Nie ze względu na jakąś gorszącą treść, a z powodu troszeczkę filozoficznej fabuły, która młodego czytelnika może zwyczajnie znudzić. Sama musiałam dorosnąć do tego tytułu i dopiero po dwóch latach wyrobiłam sobie osobistą opinię i interpretację wątków.





niedziela, 7 czerwca 2015

Gisèle Alain - recenzja

   Gisèle Alain, manga o jakże niejapońskim tytule!, jest publikowana od 2011r w magazynie Harta
(Opowieść Panny Młodej, Shirley, Ran to Haiiro no Sekai). Ten ledwo czterotomowy komiks jest tworzony przez Kasai Sui. Autorka na pewno nie odstaje pięknym i dokładnym stylem rysunków od Kaoru Mori bądź Aki Irie. Ale jak wygląda sytuacja pod względem fabuły?

   Główną bohaterką jest tytułowa Gisele Alain, młodziutka i niepełnoletnia arystokratka, którą poznajemy jako nową właścicielkę starej kamienicy w XVIII wiecznej Francji. Administracja tego budynku nie jest jednak jedynym zajęciem Gisele; jej wymarzona praca to bycie złotą rączką, a dokładniej majstrem od wszystkiego. Trzeba wyczyścić zapuszczony dom? Nie ma sprawy, Gisele z mopami gotowa do ataku na kurz. Zgubił Ci się kot? Dziewczyna już biegnie go szukać! Trzeba rozkręcić słaby interes? Panna Alain już eksperymentuje różne chwyty marketingowe. A może trzeba zorganizować dyskretną ucieczkę? Czy wspominałam już  o tym, że pewien bezdomny chłopiec uniemożliwia zbudowanie nowego budynku na miejscu parku? Tymi wszystkimi jak i innymi sprawami z wielką chęcią zajmie się główna bohaterka.

   Całe swoje życie spędziła zamknięta w społeczeństwie pełnych sztywnych reguł etykiety czy nauki - teraz czas samemu przeżyć to o czym się tyle czytało i poznać trochę ten duży świat. Z takim o to celem Gisele podejmuje się codziennie nowych i różnych zleceń. Są to zadania złożone zarówno przez arystokrację, klasę średnią czy nawet tą mało uprzywilejowaną. Z pomocą w rozwiązywaniu niektórych problemów, czy też zagadek przyjdą mieszkańcy kamienicy. A dokładniej poczciwa staruszka, mała dziewczynka wraz ze swoim zapracowanym tatą, młody ciężko pracujący jeszcze nie doceniony pisarz i  atrakcyjna kobieta pracująca jako tancerka w małym kabarecie. W tym gronie na pewno nie ma liczyć na nudę! Każdy z charyzmatycznych i sympatycznych bohaterów zawsze musi dorzucić swoje trzy grosze. Bo jak można zostawić samą, naiwną i żyjącą według swoich wyidealizowanych i często nieprawdziwych wyobrażeń trzynastolatkę?

   Jak można wywnioskować z samego opisu, zamiarem Kasai Sui było stworzenie mangi na podstawie różnych, w gruncie niezależnych historii posiadających jako punkt zaczepienia postać Gisele. Decyzja ta otworzyła autorce wiele możliwości, jeśli chodzi o użyte gatunki. Powaga wydarzeń może się bezproblemowo zmieniać co historie, tak samo jak bohaterowie i relacje ich łączące. Ten szczegół daje duże pole do popisu autorce, bo ją nie ogranicza.

   Efekt końcowy jest jak najbardziej satysfakcjonujący, dopóki traktujemy mangę jako krótką i przyjemną lekturę, która jest czytana od czasu do czasu. Autorka stara się tworzyć epizody różnorodne, aby czytelnik nie znudził się czytając całość bez przerwy, wplatając dodatkowo watki, które rozwiązują się z biegiem fabuły.

   Reasumując otrzymaliśmy prostą i niewiążącą historię, która jednak momentami potrafi chwycić czytelnika za serducho. Zwłaszcza kiedy zostaje przedstawiona przeszłość głównej bohaterki. Wczesne dzieciństwo Gisele nie należało do najmilszych, między innymi z powodu braku akceptacji ze strony własnego ojca. Wątek ten był już tak wielokrotnie powtarzany, że w pewnym momencie czytelnik nie może się powstrzymać, aby nie wznieść rąk do góry w geście desperacji. No bo ile można o tym samym? Niemniej w tym wypadku Kasai Sui wychodzi triumfująco. Jest w stanie wzbudzić ponownie w czytelniku prawdziwą empatię, która gdzieś się zgubiła po przeczytaniu po raz setny tego samego.

   Niezaprzeczalnym atutem jest tu narracja mangaki; dokładne i odpowiednie rysunki bardzo dobrze dopasowują się do danej sytuacji i potęgują jej znaczenie.




   Tym co wyszło słabiej autorce jest charakteryzacja głównej bohaterki. Powiem wprost - Gisele można albo kochać albo nienawidzić. Dziewczyna jest uparta i święcie przekonana o słuszności swojego postępowania. Rzadko słucha porad starszych przyjaciół i woli samodzielnie podejmować decyzje. Z jednej strony jej niezależność jest godna pochwały, z drugiej jednak strony granica między nonszalancją momentami jest naprawdę cienka. Nie wspominając o tym, że czasami dość łatwo daje się zmanipulować przez mało znane jej osoby i nie uczy się na błędach. W zachowaniu Gisele momentami brakowało mi stabilności. Odniosłam wrażenie, jakby sama autorka nie wiedziała do końca jaka powinna być postawa protagonistki. Czy ma być ona sprytną młodą kobietą,  która umie zmieniać ludzi w swoje własne marionetki, czy może przemądrzałą i irytującą małolatą?



   Rysunki Kasai Sui są z kolei kolejnym plusem dla mangi. Piękne i szczegółowe kadry towarzyszą nam cały czas w trakcie lektury. Umieszczając akcje w XVIII wiecznej Francji mangaka podniosła sobie wysoko poprzeczkę, gdyż cały świat musi wyglądać na daną epokę i... tak wygląda. Autorka rysuje ulice, domy, ogrody, miasta, pokoje i ubrania w tak ładny sposób, że to czysty miód dla oczu. Styl Kasai Sui jest udanym połączeniem stylu dobrze znanej Kaoru Mori (KLIK) z rysunkami Aki Irie (KLIK). Trudno byłoby sobie wyobrazić bardziej pasujący mix.

   Jak już mówimy o Kaoru Mori, czyli autorce Opowieści Panny Młodej i Emmy, czy jej twórczość można porównać do Gisèle Alain? Absolutnie tak. Niemniej niekoniecznie z dwoma wyżej wymienionymi tytułami. Losy Gisele przypominają mi perypetie pewnej młodziutkiej pokojówki z epoki edwardiańskiej (kolejna epoka po tej wiktoriańskiej). Mowa tu oczywiście o Shirley; krótkiej mandze, która przedstawia codzienne życie Cranry Bennett - właścicielki kawiarni, i jej trzynastoletniej pokojówki, Shirley. Obie mangi nie mają jakiegoś dobrze wyznaczonego motywu przewodniego, a wręcz przeciwnie, bazują się na niezależnych historiach w co nowy rozdział. Oba tytuły są również przyjemnymi okruchami życia. Różnica fundamentalna tkwi jednak w postawie głównych bohaterek (warto zauważyć, że ich imiona dają tytuł mang); Shirley jest uczciwą, grzeczną i cichą dziewczynką, zachowanie Gisele jest z kolei całkowicie odwrotne. Pomimo swojego momentami niekonsekwentnego zachowania  jest postacią o wiele ciekawszą niż angielska pokojówka i ma o wiele więcej do zaoferowania czytelnikowi. Inne są też historie przedstawiane w mangach; opowieści w Shirley ograniczają się do codziennych perypetii głównych bohaterek i spełniają role prywatnego raju autorki. Co to znaczy? Otóż jeśli Kaoru Mori ma ochotę narysować porcelanową lalkę. To co robi? Tworzy nowy rozdział Shirley! Ma chęć na narysowanie pięknej kobiety, która tańczy? Rysuje nowy rozdział Shirley! Itd, itd... Według mnie manga ta tworzy swego rodzaju przerywnik dla autorki pomiędzy tworzeniem Opowieści Panny Młodej a wcześniej także Emmy. Z tego również powodu nowe rozdziały okazują się bardzo nieregularnie, a dokładniej nikt nie wie kiedy. Historie Kasai Sui są z kolei bardziej rozbudowane i różnorodne, co czyni mangę po prostu ciekawszą. Summa summarum uważam, że losy młodej Shirley spodobają się głównie fanom autorki a dla pozostałych mogą służyć jako poznanie stylu mangaki przed kupnem któreś z jej serii. Przeciwnie zaś ma się sprawa z Gisèle Alain, manga ta ma o wiele więcej do zaoferowania i moim osobistym zdaniem wygrywa z Shirley.


   Podsumowując, losy Gisele spodobają się przede wszystkim fanom okruchów życia i prostych ciepłych historii. Nawet, jeśli niektóre rozdziały są przewidywalne i banalne, to i tak prowokują uśmiech na twarzy czytelnika, sprawiając, że czas spędzony na lekturze nie jest stracony.
Polecam! :)





****************************************************************************
Po raz kolejny byłam długo nieobecna i to bez uprzedzenia. Mogę się tłumaczyć szkołą i innymi obowiązkami, ale masa jest blogerów, którzy mają bogate życie prywatne i dają rade publikować swoje posty regularnie. Jak ja im tego zazdroszczę! Niemniej w moim wypadku schylam nisko głowę w geście przeprosin i grzecznie obiecuję poprawę. Wakacje zaczęłam oficjalnie wczoraj, więc powinnam mięć więcej czasu na pisanie bloga.

Dziękuję wszystkim tym co nie zwątpili w mój internetowy kącik w trakcie mojej nieobecności :)
Do następnej recenzji! ^^

wtorek, 31 marca 2015

Co na półeczce - Odległa dzielnica

   Tytułowa manga jest dwutomowym seinenem napisanym przez Jiro Taniguchi'ego pomiędzy 1998r a 1999r. Możemy czytać ten tytuł dzięki wydawnictwu Hanami, które wydało go w 2010r. Sam autor jest bardzo docenianym mangaką nie tylko w Japonii, ale też w Europie. Jego mangi Ratownik, Wędrowiec z tundry, Zoo zima czy tez Odległa dzielnica, zyskały uznanie wielu krytyków i wygrało wiele prestiżowych nagród. Tym razem Taniguchi zabiera nas do sentymentalnej i melancholijnej podróży w przeszłość. Zachęcam do bliższego zapoznania się z tą mangą ;).

   48-letni Nakahara Hiroshi w drodze do domu wsiada do niewłaściwego pociągu, który zamiast zawieść go z powrotem do Tokio, jedzie do jego rodzinnego miasta - Kurayoshi. Ta niezamierzona pomyłka daje okazje bohaterowi, aby zobaczyć jak zmieniło się miasteczko, w którym się wychował, jak i powspominać stare czasy. W końcu nie było go tam już od wielu wielu lat. Krotki melancholijny spacer po Kurayoshi zaprowadza bohatera na cmentarz. W trakcie modlitwy nad grobem swojej matki, protagonista nagle przenosi się w czasie. Dostaje szansę, by kolejny raz przeżyć swoje nastoletnie życie, posiadając wspomnienia i doświadczenie dorosłego mężczyzny. Otóż to prawda, iż Hiroshi stał się znowu młodym i pełnym wigoru chłopakiem, niemniej w środku pozostał pełnoletnim sobą, który ma już swoją własną rodzinę. Hiroshi przenosi się w lata 60, kiedy miał 14 lat. Jest to dość specjalny okres w jego życiu, gdyż właśnie wtedy jego ojciec nagle zniknął, pozostawiając żonę, starą teściową i dwójkę dzieci samych. To wydarzenie było tak niespodziewane, że odcisnęło głębokie piętno na całej rodzinie. Sam Hiroshi po tylu latach od tego wydarzenia nie rozumie postępku ojca, nie rozumie powodów, które pchnęły jego tatę do opuszczenia szczęśliwej rodziny. Wraz z podrożą w czasie pojawia się znowu w głównym bohaterze uczucie goryczy, rozczarowania i zagubienia. Niemniej pojawia się też światełko nadziei: czy wiedząc co się wydarzy, będzie w stanie zapobiec zniknięciu ojca?

   Odległa dzielnica jest stosunkowo krotką mangą. Niemniej jest równocześnie na tyle długa, aby poruszyć w odpowiedni i wyrównany sposób takie tematy jak: akceptacja przeszłości, relacje rodzinne, znaczenie altruizmu i jego kontrastu egoizmu. Taniguchi daje jasno do zrozumienia, że aby stworzyć prawdziwą rodzinę nie wystarczy być altruistą i ignorować własne potrzeby. Dodatkowo w bardzo wiarygodny sposób tworzy wielki i często nieznany labirynt ludzkich uczuć. W tym krótkim seinenie jest miejsce na rozbudowane i wciągające perypetie rodzinne. Bardzo ważnym czynnikiem jest główny bohater. Pomimo swojego wieku nie jest on pasywny i na końcu swojej malej podróży się zmienia. Nie w sposób przesadzony a zrozumiały. Nie duży, gigantyczny a mały i wiarygodny. Jednym z ważniejszych atrybutów mangi jest narracja bohatera. Dzieli z nami swoje myśli, obawy czy niepewności. Dzięki temu tytuł jest taki melancholijny, sentymentalny i skłaniający do refleksji. Momentami emocje bohaterów wręcz się wylewają na czytelnika. Zawsze jednak w wyważony  sposób. Relacje ojciec-syn również są tutaj ważne. Wątek ojca, który nagle opuścił swoja rodzinę wzbudza zainteresowanie. Jakie miał ku temu powody? Czy są one typowe, trywialne, niepoważne i egoistyczne? Co nim prowadziło? Dlaczego zdecydował się zrobić taką bolesną rzecz swoim najbliższym? W końcu wszystko wydawało się być w porządku.

   Wątek podroży w czasie był wielokrotnie używany w mangach\anime czy w książkach\filmach, jednakże spod reki Tanuguchi'ego ten motyw zyskuje nowe, niezwykle melancholijne znaczenie. Nawet jeśli ta rola jest po prostu furtką na prowadzenie dalszej fabuły i sposób w jaki miało miejsce to wydarzenie nie jest istotny. Otóż czytelnik nie ma się przejmować jak to możliwe, że bohater przeniósł się w czasie. Hiroshi dostał wyjątkową i nadzwyczajną okazje, aby powrócić do swoich "łatwych", "niewinnych" i "beztroskich" dni. W końcu tak często mimowolnie idealizuje się nasze dziecięce wspomnienia. Autor od czasu do czasu równocześnie prowadzi wątki w przeszłości jak i w teraźniejszości z rodziną dorosłego Hiroshiego. Te analogie pozwalają nam zobaczyć dwa różne, a w tym samym czasie posiadające podobne cechy modele rodzin.

   Styl Taniguchi'ego jest prosty, dopracowany i dojrzały. Widać, ze jest to manga spokojna i gatunkowo seinen. Tła są proste, ale równocześnie dokladne. Postacie są proporcjonalne i inne miedzy sobą. Nie musimy się bać, ze ich pomylimy. Dobrze zostały narysowane również emocje, czyli ekspresja bohaterów. Bardzo wiarygodnie została przedstawiona powojenna Japonia. Zarówno pod względem graficznym, jak i kulturalnym. Znajdziemy tutaj nie tylko zachowania czy poglądy typowe na ten okres czasu, ale tez ciekawostki jak wyglądało życie zwyczajnych Japończyków latach 60.

   Za wydanie Odległej dzielnicy, jak i niektórych innych prac autora odpowiada wydawnictwo Hanami. Publikacja jest duza, bo jest to wersja omnibus, czyli dwa tomy w jednym. W rezultacie mamy ok 400 stron lektury. Tomik jest duży ale dobrze się trzyma. Wymiary to 150 x 210 mm, czyli typowe do jakich zdążyło nas przyzwyczaić wydawnictwo. Nie ma obwoluty. Papier użyty jest kredowy i nie ma przecieków tuszu. Wydawnictwo oferuje nam dodatkowo kolorową stronę. Onomatopeje zostały przetłumaczone. Jak już mowa o tłumaczeniu, to nie mam niczego do zarzucenia. Obawiałam się, ze mogłoby być momentami sztywne, ale niczego takiego nie odczulam. 

   Autor uświadamia nam, ze nie można zmienić przeszłości z wszystkimi wydarzeniami, które sprawiły, ze  jesteśmy kim jesteśmy. Jednakże można uzyskać z przeszłości znaczenia i wartości, które pozwalają nam przezwyciężyć jakiś problem teraźniejszości, który często ma swoje korzenie w naszej adolescencji. Ten sam autor podkreśla, ze trzeba być panem własnego życia i być sobie wiernym, inaczej stworzą się sytuacje i relacje, które czas zniszczy.


Przykładowe strony wydawnictwa : KLIK

 



poniedziałek, 16 lutego 2015

Real - recenzja

   Takehiko Inoue nie jest jakimś nieznanym mangaką szaraczkiem. Jest w końcu autorem takich hitów jak Slum Dunk czy Vagabond. Swoją interesującą i niebanalna fabułą porywa wszystkich, niezależnie od preferencji gatunkowych czy ich wieku. Jak dodać do tego czystą i dokładną kreskę otrzymujemy coś naprawdę dobrego. W tym poście chciałabym przedstawić Wam bliżej, Drodzy Czytelnicy, inną mangę autora, która według mnie przewyższa wcześniej wymienione hity i jest najlepszym dziełem mangaki, a co za tym idzie - jedną z najbardziej niebanalnych mang jakie czytałam i naprawdę warto się z nią zapoznać bliżej :).

   Mowa tu o Real, czternastotomowej ciągle wychodzącej (fakt, trochę wolno, ale lepsze to niż nic) mandze od 1999r. Komiks ten jest tworzony równocześnie z Vagabondem, dobrą mangą z samurajami w rolach głównych. Gatunkowo można kwalifikować dzisiejszą serię jako psychologiczny seinen, w którym główny dramat łączy się z problemami społecznymi bohaterów i z miłością do koszykówki, która może okazać się zarówno iskierką nadziei jak i powodem dużego bólu.

   Na początku mangi spotykamy głównych bohaterów w różnych od siebie fazach ich życia. Kiyoharu Togawa, zwany także Vince, wydaje się być już po najgorszym. Zdaje się, że wie już gdzie jest jego miejsce i zakończył już swój proces dojrzewania. Ambitny i silny były sprinter, który stracił nogę z powodu choroby był w stanie odnaleźć nowy sens swojego życia, dzięki wsparciu wspaniałych i po prostu dobrych ludzi, w koszykówce na wózkach. Niemniej czeka go jeszcze długa droga. Zarówno z charakteru jak i z powodu jego byłego sportu, Kiyoharu jest indywidualistą. Nie trudno więc sądzić jakie problemy może mieć chłopak w grze, gdzie grupa i współpraca jest najważniejsza. Będzie musiał włożyć dużo wysiłku, aby zmienić swój tok myślenia i co za tym idzie - siebie.

   Drugim bohaterem serii jest Tomomi Nomiya. Dla niego koszykówka jest wszystkim. Niestety przykry i tragiczny wypadek, który sam spowodował, odcisnął na nim swoje piętno. Nie dość, że został wykluczony ze szkolnej drużyny koszykówki to uczynił ledwie poznaną dziewczynę niepełnosprawną. Niesiony poczuciem winy i złością rzuca szkołę przy czym traci wszystko i zostaje z niczym. Nie ma żadnego planu na przyszłość, bo jego smutna i przykra przeszłość nie daje mu spokoju. Jest ewidentnie zagubiony i nie wie co robić. Z jednej strony stara się nie stać w miejscu i iść dalej, naprawiając przy tym wcześniejsze błędy. Z drugiej strony frustracja, która potęguje jego wybuchowy temperament (zasłaniając przy tym jego dobre usposobienie) i brak celu dają mu się we znaki. Dopiero poznanie pewnego charakternego i niezwykle dobrego koszykarza na wózku (tak, mowa tu o Kiyoharu) otwiera mu furtkę na rozpoczęcie "czegoś" nowego.

   Troszeczkę inną historię przeżywa trzeci bohater - Hisanobu Togawa. Wielka gwiazda szkoły i idol wielu uczennic. Jest chodzącym stereotypowym ideałem; wyśmienite oceny, kapitan szkolnej drużyny koszykówki a do tego przystojny! Co z tego, bo jego charakter do najlepszych nie należy. Czuje się kimś specjalnym i wszystkich, którzy stoją niżej niż on traktuje z wyższością. Jest aroganckim i zapatrzonym w siebie nastolatkiem. Jego życie zmienia się diametralnie, kiedy z powodu swojej głupoty traci czucie w nogach. Nagle spada z piramidy społecznościowej i  sam staje na równi z osobami, którymi wcześniej gardził. Z tego powodu sama akceptacja swojej niepełnosprawności robi się bardzo trudna. Jego poglądy, dotychczasowe życie legły w gruzach i zmieniły się w horror. Nie można zaprzeczyć, że to przed młodym Hisanobu czekają zmiany najbardziej radykalne i trudne.

   Oprócz trzech charyzmatycznych i przemyślanych głównych bohaterów, mangaka oferuje czytelnikom różne barwne postacie drugoplanowe. Mamy tutaj rozwiedzionych rodziców Hisanobu, znajomych Nomoniya czy też innych zawodników. Niezaprzeczalnie Real jest jedną z tych mang, w której kojarzysz i pamiętasz wszystkich, bez względu na ich wartość na tle fabularnym. Ciężko trafić tu na postać jednoznaczną bądź jednowymiarową.
Po tym obszernym opisie bohaterów nie trudno zaprzeczyć, że jest to manga, w której nacisk kładziony jest na rozwój postaci. Koszykówka jest tutaj niczym innym jak tłem dla ukazania społecznych problemów i nie mówię tutaj tylko o niepełnosprawności, która dotyka niektórych bohaterów. Prawdziwymi trudnościami z którymi postacie muszą się zmierzyć znajdują się w ich umysłach. Odnosi się wrażenie, że owy temat jest trudny i ciężki zarówno dla autora jak i dla czytelnika. Dla autora, bo granica między naturalnością i rzeczywistością a przedramatyzowaniem jest cienka i łatwa do przekroczenia. Dla czytelnika gdyż sprawy,  które opowiadane są w tej serii są często zamiatane pod dywan i ignorowane nawet mimowolnie w życiu codziennym. Tu nasuwa się pytanie: czy Takehiko Inoue podołał presji i nie popadł w skrajności? Otóż na szczęście nie. Długo się zastanawiałam w czym tkwi sekret. Sama na początku byłam dość niepewna tego tytułu i uważałam, że tematyka jest za ciężka. Niemniej już po pierwszym rozdziale wciągnęłam się całkowicie w życie bohaterów, które jest bardzo ale to bardzo realistyczne. To trochę zabawne, bo mówimy przecież o postaciach fikcyjnych i absolutnie wymyślonych jednakże ich problemy dotykają nas tak mocno jakbyśmy byli ich najbliższymi przyjaciółmi. Nie można zaprzeczyć, że jest to spowodowane wyśmienitą kreacją bohaterów i znakomitą narracją autora. Każdy z bohaterów ma złożoną osobowość, która wzbogacona nowymi przeżyciami bez przerwy się rozwija w sposób przekonujący. Historia nigdy nie staje się zbyt ciężka dzięki wplecionym dyskretnie wątkom pobocznym jak na przykład, miłość bądź po prostu elementy humorystyczne. Całość czyta się znakomicie również dzięki panującej równowadze w całej mandze.






   Styl Takehiko Inoue jest bardzo dokładny, czysty i "lekki". Znajduje się zdecydowanie w czołówce mangaków, jeśli chodzi o kreskę. Tła są dopracowane a anatomia bohaterów bardzo dobrze odzwierciedla tę prawdziwą. Nie mówiąc już o różnorodnej i wiarygodnie odwzorowanej mimice postaci. Cała oprawa graficzna robi duże wrażenie i oczarowuje czytelnika. Nie zapominając, że niektórzy bohaterowie mangi graja w koszykowe sceny gry są dynamiczne i czytelne. Co według mnie jest bardzo na plus - nie lubię jak w mangach momenty walk bądź gry są przedstawione w sposób chaotyczny.

   Real jest dziełem, które obdarowuje czytelnika w siłę, aby znaleźć w sobie jakiś cel i motywacje by wytrwać pomimo nieprzyjemności losu. Jest tu także miejsce na pokonywanie własnych barier. Robi to w sposób bardzo dyskretny i elokwentny. Zamiast dołować nas tragediami, które dotknęły bohaterów daje nam niezłego kopa, aby iść naprzód. Dodatkowo delikatność i równocześnie siła z którą autor przedstawia niepełnosprawność jest godna podziwu, w końcu nigdy nie zostaje ona przedstawiona w sposób edukacyjny a po prostu w  realny.

   Jest to naprawdę dobra manga opowiadająca o pokonywaniu własnych ograniczeń, o znajdywaniu w sobie motywacji do zmiany a to wszystko jest przedstawione w wiarygodnej rzeczywistej otoczce. Tytuł jest zdecydowanie godny uwagi i polecam go gorąco. Zdaję sobie jednak sprawie, iż z powodu samego tematu może nie być dla wszystkich. Niemniej zachęcam na przeczytanie przynajmniej jednego rozdziału, bo naprawdę warto :).





****************************************************************************
Przepraszam za moją długą i niezapowiedzianą nieobecność. Szkoła dawała mi w ostatnich dwóch miesiącach nieźle popalić a wredne choróbska, które czepiają się mnie jak rzepy również nie ułatwiały sprawy :( Wracam niemniej z jedną z moich ulubionych mang i zamierzam nie poddać się tak łatwo codziennym obowiązkom, żeby nie zaniedbywać mojego małego blogaska. Bardzo dziękuję z całego serducha wszystkim wytrwałym którzy wiernie odwiedzali mój internetowy kącik w tym okresie :) Trzeba brać z was przykład!
Dodatkowo bardzo się ciesze, że została zlicencjowana przez wydawnictwo Waneko manga przeze mnie zrecenzowana. Mowa tu o Tomodachi no Hanashi, tytule nietypowym i jak najbardziej wartym uwagi.
Do następnej recenzji! x)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...